zbawienie dla Ciebie - o Bogu...tak normalnie...

samobójstwo

czwartek, 31 stycznia 2008

Kiedy poszłam do gimnazjum, pojawił się mętlik w moim życiu. Zmiana towarzystwa na to bardziej z marginesu społecznego, plus trudny wiek dojrzewania, wprowadziły mnie w stan zadumy nad okrucieństwem i beznadzieją świata. Nie umiałam sobie poradzić z odrzuceniem. Codziennie płakałam i rozmyślałam, analizowałam. Widziałam tylko te złe strony każdego dnia, choć moje życie teoretycznie nie było złe. Użalałam się nad swoim losem odrzutka, wyłapywałam najdrobniejsze kopniaki dnia codziennego, potrafiłam godzinami rozmyślać nad okrutną naturą człowieka.

Jakoś przebrnęłam przez okres depresji i niewiele pamiętam z tego czasu. Pustka i ciężar w środku przeplatający się z ogromnym bólem i rozpaczą. Nie wierzyłam w przyjaźń, miłość, ludzi, świat. Bóg był mi obojętny. Wisiało mi to, czy istnieje. I tak nie interesował się tym cholernym światem ani mną – biedną istotą [tak wtedy myślałam]. Wszelki przejaw dobroci ludzi był tylko bezsensownym fałszem rozdzierającym moją duszę. Każda czynność była bez sensu. Pogłębiałam się dzień w dzień w rozpaczy i beznadziei. Codziennie płakałam niewiadomo nad czym. Od początku gimnazjum miałam myśli samobójcze. Moje życie zamieniło się w czekanie na odpowiedni moment, by to zrobić. Codziennie budziłam się z uczuciem ciężaru wewnątrz. Modliłam się o śmierć. Myśl na dziś: „samotność, smutek i śmierć”. Jak klasyczne mroczne „dziecko – śmierć” ubierałam się na czarno i słuchałam ciężkiej muzyki. Imponowali mi długowłosi metale. Plan na życie: „znaleźć sobie jakiegoś – tego wyjątkowego przeznaczonego mi, poużalać się wspólnie i aby nie było za wesoło - popełnić romantyczne samobójstwo.” To nie była wbrew pozorom banalna postawa „metalówy – małolaty”, która naśladuje innych, która się tnie, żeby pokazać ludziom w klasie, jaka jest mroczna. To był rozrywający mnie codziennie ból egzystencjalny, zachwyt śmiercią, wyobcowanie. Uczyłam się dobrze, nie ćpałam (choć skrycie planowałam), palić zdarzyło mi się parę razy, tak samo jak pić. Każdą złą rzecz traktowałam jak ucieczkę od obrzydliwego świata, każdą sznytę- jako wylanie bólu, okaleczenie osoby, której najbardziej nienawidziłam [czyli siebie]. Miałam zły kontakt z ludźmi. Rodzice tłumaczyli to sobie okresem dojrzewania. Teoretycznie miałam grupę przyjaciółek, ale przecież ja nie wierzyłam w przyjaźń. Chodziłam w mroku własnego istnienia, czekając na kres. Słuchałam muzyki przepełnionej bólem i samotnością. Wokaliści, którzy zaćpywali się na śmierć byli dla mnie idolami, wzorcami romantycznych, rozpaczliwych postaci. Pisałam mroczną poezję, zachwycona sztuką umierania. Obwiniałam wszystkich o wszystko. A ja byłam najbardziej poszkodowana na Ziemi. Jeśli gdzieś był poruszany temat Boga, to w myśli miałam jedynie, by powiedzieć, że Mu się nie udałam. Wydawało mi się, że jest Mu mnie żal.

Jakoś przywykłam do życia w mroku, zaczęłam się resocjalizować w szkole. Przyzwyczaiłam się do życia. Nawet zdarzyło mi się ze dwa razy dziennie uśmiechnąć, w porywach szaleńczo udanego dnia- zaśmiać. Wciąż utrzymywałam swoje poglądy, ale już tym nie żyłam. Mój ból egzystencjalny wyłaził na wierz tylko czasem. Wciąż moim  planem na przyszłość było znalezienie partnera do śmierci. Bo przecież jeśli znajdę już miłość to i tak nie będę umiała się nią cieszyć, a oboje chcielibyśmy umrzeć.

W połowie drugiej klasy gimnazjum zaczęłam cierpieć na bezsenność. To był okres mojej największej pasji muzyką gatunku: „cierpimy, umieramy w kałuży własnej krwi”. Bezsenność była dla mnie największym koszmarem w życiu. Myślałam o tym całymi dniami, wariowałam ze strachu, żyłam w obłędzie. Ale w tym czasie użalanie się nad sobą było już na etapie przyjemności i uzależnienia, więc bezsenność dodawała mi uroku męczennicy. Na wiosnę poszłam do psychologa, ale wiedziałam, że zacznie ze mnie wywlekać te „inne sprawy”, podłoże psychologiczne problemu. Zrezygnowałam po dwóch wizytach. Nie myślałam już tak o beznadziei świata, bo cały czas pochłaniało mi myślenie o własnym cierpieniu. Po wizytach sytuacja ustabilizowała się na tyle, że nie było to już tak chorobliwą obsesją. Uzależniłam się od środków nasennych, które brałam przez niecały rok. Filozofia „cierp i zgiń” tkwiła we mnie wciąż, tworząc ciężar na duchu. Odstawiłam proszki nasenne, ale bezsenność i tak była dla mnie największym strachem i wisiała nade mną każdego dnia.

Pewnej nocy niepokój obudził się we mnie. To było naprawdę nieuzasadnione  i trudne do opisania. Po prostu czułam, że moja dusza jest ciągnięta na dno. Czułam obecność diabelskiego mroku, choć wcześniej nie myślałam w kategoriach zło-dobro, Bóg- szatan. Byłam pewna, że wariuję. To był atak paniki, który rozgrywał się w ciągu kilkunastu minut. Wszystko co widziałam doprowadzało mnie do szału. Zaczęłam się dławić własnym strachem. Sparaliżował mnie całą. Stado myśli przebiegało przez moją głowę. O egzorcyście, o samobójstwie. To nie były spokojne myśli, plany śmierci. Wiedziałam że samobójstwo mnie całkiem pochłonie. Wiedziałam, że muszę żyć, a porzucenie moich planów o śmierci wydawało się ekstremalne. Tak bardzo pragnęłam, żeby życie toczyło się w mojej normalnej smutnej rzeczywistości. To był strach na poważnie, największy w życiu. Leżałam w jego konwulsjach i mówiłam „ Ojcze Nasz”. Zasnęłam.

Obudziłam się z tym samym strachem. Rozwalał mnie od środka. Myślałam o tym co to, i jak  zatrzymać cały dzień. Obłęd nie dał mi się skupić na niczym.Wariowałam. I co najgorsze (może najlepsze) – ja wiedziałam, że to szatan, choć próbowałam sobie wmówić, że to atak depresji. Po południu pobiegłam do Kościoła. Wylałam z siebie wszystkie łzy. Łkałam i wołałam do Boga żeby mnie ratował. Obiecałam  Mu, że jeśli zbawi moją duszę, to ja będę żyć dla Niego. A to nie były spokojne słowa po spokojnym przemyśleniu. To był potok słów wśród rzewnych łez i mętliku w głowie. Błagałam Boga o wybaczenie wszystkich oskarżeń, wszelkiego zła. Przeleciało mi przez myśl, że będę dobra dla ludzi. Ja nie chciałam cierpieć tych męk. Ta zła moc zniknęła. Pojawiła się za to odczuwalna obecność Boga. Ale o dziwo, mnie to przerażało. Płakałam cały wieczór. Drugiego dnia rano pełna zdziwienia tym, co się ze mną dzieje, znów pobiegłam do Kościoła. „Czy już zawsze będę czuła tą moc nad sobą? Przecież dotąd moje życie było pustką i samotnością.” Byłam ja i moje myśli. Znów płakałam cały dzień. Obudziła się we mnie nadzieja. Wiedziałam już, że będę żyła, i że to będzie całkiem nowe życie.

Moja rozpacz, „proces przemiany” trwał trzy dni. W każdą z tych trzech nocy, zmęczona potokiem łez wypływającym ze mnie, zasypiałam w całkowitym spokoju. Ktoś czuwał. Od tamtej pory działy się rzeczy niesamowite.

Jest to dla mnie naprawdę niemożliwe do opisania. Uczucie lekkości w duchu. Nigdy przedtem nie czułam takiej ulgi, nie chodziłam w takim pokoju. Bóg zamieszkał we mnie. Spokój ducha i umysłu. Zniknął strach, ból. Wszystko narodziło się na nowo. Każda barwa była bardziej żywotna, każda woń mocniejsza. Rozpoczęła się wielka eksplozja życia. Skakałam i tańczyłam zachwycona światem, który dał mi Bóg. Wszystko rozegrało się zupełnie inaczej, niż sobie zaplanowałam, gdy wołałam do Boga. Myślałam, że będę miała codziennie płakać w Kościele, by czuć się bezpieczną. Ja za to dostałam takiego kopa energii, że nie wiedziałam, jak ją spożytkować. Nie miałam idoli wśród ćpunów. Moim idolem stał się Jezus. Zaczęłam kochać wszystko i wszystkich. Zaprzestałam ze wszystkim, co kojarzyło mi się z okresem sprzed nawrócenia – czarne ciuchy, muzyka, myślenie, styl życia. Całowałam każdy kwiat, każdy liść. Biegłam z wiatrem, rozkoszowałam się dotykiem trawy, zapachem ziemi, ciepłem słońca. Kochałam każdego człowieka i dawałam z siebie całą pozytywną energię, całe dobro jakie miałam. Zaczęłam czynić dobro jako inny, nowy człowiek, którego pokochałam – był przecież dzieckiem Zbawcy mej duszy. Życie stało się dla mnie skarbem. Każdą chwilą się rozkoszowałam, delektowałam. Narodziłam się na nowo. W życiu zaczęło się układać wszystko. Nie musiałam zmuszać się, by widzieć dobre jego strony, ono stało się idealne. W domu, w szkole. Nie obwiniałam nikogo za zło, ale zwalczałam je dobrem. Śmiałam się i uśmiechałam bez przerwy. Pozytywna energia była rozsiewana przeze mnie wszędzie.  Nie musiałam się bać albo obwiniać. Czułam niesamowity pokój, bo wiedziałam, że Bóg odpuścił mi winy. To było niesamowite, że nikt mi tego nie wmawiał, nie przeczytałam tego wcześniej. Cała moja przemiana opierała się na bezpośrednim kontakcie z Bogiem. On stał się moją światłością, drogowskazem. Słowo Boże kształtowało moje postępowanie i wszystko z przeszłości stawało się jasne. Dziś postawa, którą przybierałam wtedy, mnie śmieszy, choć wiem, że ból i ciężar były realne. Pismo  Święte stało się dla mnie wskazówką życia. Zaczęłam budować na Nim i kontakcie z Bogiem. Stawałam się coraz szczęśliwsza ufając temu, co jest tam napisane, bo wiedziałam, że nie ma co polegać na tym, co mówią ludzie, tak samo zaślepieni, jak ja byłam kiedyś. Słowo Boże oświetlało mi drogę. Sprawdzało się w praktyce. Wszystko. JEŚLI TYLKO Z CAŁEJ SIŁY ZAUFAŁAM TEMU, CO MÓWIŁ MI BÓG, TAK JAK ZAUFAŁAM MU, GDY SPADAŁAM, OSIĄGAŁAM PEŁNIĘ SZCZĘŚCIA I SPEŁNIENIE. Słowo Boże nie narzuciło mi niczego intelektualnie. Ono mnie wyzwoliło i wyjaśniło wszystko. Uwolniło mnie od moich chorych myśli i poglądów. Przejrzałam jakim maleństwem jest człowiek wraz z jego „mądrościami” wobec miłości i mądrości Boga.Dziękowałam Panu za każdy dzień mojego nowego życia, za to, że oświetla mi drogę i robię to po dziś dzień. Nawet gdy się potykam jestem słaba i bezsilna, On jest ze mną. I każdy człowiek nawet gdy upada „(…) ostoi się jednak bo Pan ma moc podtrzymać go”.

Ojcze, dziękuję że jesteś moją opoką i światłem w życiu, które też mi ofiarowałeś. Dzięki, że podniosłeś mnie z dna i stałeś się odpowiedzią i rozwiązaniem. Będziesz na zawsze moim niegasnącym słońcem.

Zawsze Twoja,

Kinga

Zagłosuj na notkę i blog w systemie blogfrog. Dziękujemy.

piątek, 21 września 2007

Czy twoje życie jest nic nie warte? Masz dosyć życia, i nie widzisz nadzieji na przyszłość?

Więc musisz znaleźć jedyną prawdziwą drogę do pomyślnego samobójstwa.

Nie próbuj uciekać od kłopotów przez fizyczną śmierć - to nie działa!

Wielu ludzi myśli, że jeżeli popełniają samobójstwo przenoszą się z jednego obszaru egzystencji do innego. Kiedy twoje ciało umiera ty wciąż żyjesz.

Śmierć cię nie zmienia - tylko twoje miejsce! (Apokalipsa 22:11)

Kiedy umierasz fizycznie, nie przestajesz istnieć - tylko opuszczasz swoje ciało i idziesz do dwóch miejsc - zależnie od tego, jaki typ życia masz w sobie.

Jeżeli masz Boże życie (znane jako życie wieczne - które otrzymujesz jako prezent, gdy przyjmujesz i poznajesz Pana Jezusa Chrystusa) będziesz z Bogiem w Niebie.

Dla prawdziwego chrześcijanina, nie bycie w ciele oznacza obecność z Jezusem w Niebie (2 Koryntian 5:8). Dla tych, którzy odrzucają Jezusa Chrystusa i Jego dar życia wiecznego, bycie poza ciałem oznacza bycie z ich mistrzem, szatanem.

Mateusz 25:41, w Biblii, mówi że ogień wieczny jest przygotowany dla diabła. Wszyscy, którzy idą za nim - odrzucając Jezusa Chrystusa, dołączą tam do niego.

W Łukasz 16:19-31, Jezus mówi o dwojgu ludzi, którzy umarli. Jeden poszedł do miejsca męki - a drugi do miejsca radości. Chociaż zły człowiek został pogrzebany, był w męczarniach żebrząc o trochę wody! On oczywiście odczuwał, nawet jeśli umarł fizycznie. TY TEŻ BĘDZIESZ!

Hebrajczyków 9:27
"A jak postanowione jest ludziom raz umrzeć, a potem sąd."

Umierasz fizycznie raz. Nie dostaniesz drugiej szansy. Nie wierz w diabelskie kłamstwa o reinkarnacji!

Wszystko co ci się wydarzyło, stało się abyś był przygnębiony i bez nadzieji, jest pracą diabła. Jeżeli umrzesz fizycznie bez położenia swego życia w ręce Jezusa Chrystusa, opuścisz swe ciało i pójdziesz do piekła - gdzie diabeł ma kompletną kontrolę. Więc jeżeli myślisz, że jesteś teraz przygnębiony - czekaj tylko na pójście do piekła. Tam nie będzie przyjęcia!

Jedyna Droga

Jest tylko jedna droga, aby wydostać się z przeszłości. Jest ona dostępna tylko przez Jezusa Chrystusa. On może, I da ci nowe życie - Swoje życie - które uczyni cię nową osobą.

2 Koryntian 5:17
"Tak więc, jeśli któś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem; stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe."

Galacjan 2:20
"Z Chrystusem jestem ukrzyżowany; żyję więc nie ja, ale żyje we mnie Chrystus; a obecne życie moje w ciele jest życiem w wierze w Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał samego siebie za mnie."

Nie masz powodu aby iść do Piekła, ponieważ Bóg prawdziwie cię kocha i przygotował drogę ucieczki - nie tylko od Piekła, ale także od doświadczenia piekła na ziemi.

Jan 3:16
16 "Albowiem Bóg tak umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy kto w niego wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny."

Bóg ukochał cię wystarczjąco mocno, aby za ciebie cierpieć i umrzeć! On wziął karę, na którą zasługujesz, za wszystko co uczyniłeś złego. Już ci przebaczono! Przyjmij Jezusa, a będziesz mógł mieć nowe życie!

Jan 1:12
"Tym zaś, którzy Go przyjęli, dał prawo stać się dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego."

Jezus nie jest jedynym, który troszczy się o ciebie. Jest nas wielu - którzy byliśmy jak ty teraz - których zmienił Bóg i dał nam Swą miłość dla innych. Troszczymy się o ciebie, i jesteśmy tutaj aby pomóc ci w każdy sposób.

Jeżeli nawet chodziłeś do kościoła, nie znaczy to, że wiesz oczym mówię. Nie mieszaj śmierci, wykrzywionej religii (nawet tej bazującej na Jezusie) z tym o czym mówię.

Nie mówię o religii, ale o Osobie - JEZUSIE CHRYSTUSIE! On jest żywy i potężny, i kocha cię i chce zostać twym Przyjacielem.

On cię teraz słyszy - zna każdą twoją myśl i uczucie, którego doświadczasz. On wciąż kocha cię bardziej niż samego siebie i udowodnił to umierając za ciebie.

Życie jest nic nie warte bez Jezusa Chrystusa i Jego daru życia wiecznego. Powinieneś skończyć ze swym starym życiem. Jedyną drogą do rzeczywistego zrobienia tego jest zostanie nowym stworzeniem w Jezusie Chrystusie, przez przyjęcie Go i Jego daru.

Jan 3:36
36 "Kto wierzy w Syna, ma żywot wieczny, kto zaś nie słucha Syna, nie ujrzy żywota, lecz gniew Boży ciąży na nim."

ZRÓB TO TERAZ! Jedyną rzeczą do stracenia jest twa stara nieszczęśliwa egzystencja! Zawołaj Jezusa aby ci pomógł, aby twoje stare życie umarło i abyś otrzymał z Nim nowe życie!

Jesteśmy tutaj aby ci pomóc - skontaktuj się z nami! (zbawieni@gazeta.pl)

źródło: believers.org/pl

| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
KSIĘGA GOŚCI
ZBAWIENI
ZBAWIENIE
PYTANIA, PROŚBY O MODLITWĘ
LINKI

lista mailingowa
zbawieni.blox.pl

Twój email



dowiedz się więcej >> 

statystyka

Skopiuj CSS